Pośrodku deszczu, pośrodku cienia. Nie widziała już dokładnie jego twarzy, ale nie dostrzegała na niej uśmiechu. Patrzył w dal i znó szukał po omacku narzędzia do rozwalenia jej głowy i serca na milion kawałków.
Patrzył jak zwykle z tym brakiem uczucia.
Tak bardzo nie lubiła tego wzroku.
Trzymała w dłoniach swoje serce, deszcz obmywał je z krwi.
Jeszcze biło.
Z jej klatki piersiowej tryskała krew.
Podawała mu to nieszczęsne serce wyciągając ramiona coraz dalej i malując coraz to głębszy grymas na swojej twarzy.
Desperacko pragnęła by je wziął, chociaż dotknął, pocałował je.
Ale stał tam daleko, mówiąc w kóło o jednym.
Te słowa przenikały ją jak jeźdźcy apokalipsy.
Konsumowały ją ze smakiem.
Tylko to widział.
To, że była jego dziwką.
Bardzo to kiedyś lubił.
Teraz odrzucał go każdy jej dotyk.
Sam nie chciał jej dotykać..
Kurwo, kurwo...
Dziwko, suko.
Nie była już więcej jego dziwką.
Sam tego zapragnął, a jednak coś stawało mu na przeszkodzie.
Chciał jej, a jednak nie chciał.
Myślał o innych kurwach, nie mogąc wstrzymać napięcia.
Ale o niej nie myślał.
O niej nie chciał myśleć.
Ona chciała go tylko kochać i wyciągała wciąż to serce, klękając i błagając, by tylko ją kochał.
Czule i prawdziwie.
Ale on już tego nie rozumiał.
Jego zdominowane przez harde postanowienia myśli zaćmiły mu wzrok.
Ale dlaczego potarzał to tak wiele razy, krzyczał...
Wbijał jej te słowa młotkiem do gałek ocznych.
Zobacz to kurwo.
Nie potrzebuję cię więcej.
Dał znak, by je schowała.
Po prostu odwrócił się, uśmiechnął się półgębkiem.
Zniknął we mgle.
Zostawiając ją samą z wyzwiskami, sumieniem i zabraniem ostatniej iskierki ciepła
W zimnym listopadowym deszczu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz