Gdy tylko granatowa gwieździsta kołdra przykryła zimne, styczniowe niebo, Amy wyszła na dach. Często tak robiła, gdy w jej głowie kłębiło się zbyt dużo myśli. Usiadła na chłodnych dachówkach, podkuliła nogi i oparła brodę na kolanach. Miała na sobie jedynie koszulę nocną. Temperatura jej ciała była niemal równa tej panującej na dworze. Mroźne powietrze otrzeźwiało jej umysł. Westchnęła głęboko. Nagle poczuła zimny dotyk na swoim ramieniu. Ze strachu aż podskoczyła.
Odwróciła głowę i dostrzegła, że obok niej siedzi skąpo ubrana dziewczyna o żółtobiałych włosach i ciemnych tęczówkach. Zza jej pleców wystawała pokaźna para białych skrzydeł. Amy przetarła oczy, by pozbyć się złudzenia, jednak postać nadal tam byla.

- Kim jesteś? - zapytała Amy nieśmiało.
- Jestem twoim lekarzem- odparła wesoło tajemnicza postać.
- Nie potrzebuję pomocy.- Amy spuściła głowę brodząc palcem po zaszronionych dachówkach.
Wówczas kawałek dachu na którym siedziała lekko się ugiął. Amy odskoczyła, nie wiedząc co się dzieje.
Popatrzyła na skrzydlatą dziewczynę pytająco.
- Myślę, że trzeba ci pomóc, niedługo pozbawisz mieszkańców dachów nad głowami- zaśmiała się.
- Co?!
Dziewczyna zbliżyła swoje usta do ucha Amy. Ich dystans znacznie się zmniejszył.
- Jest w Tobie tyle bólu, od którego robisz się ciężka. Osiadasz tutaj i nawet nie masz siły się podnieść. Jesteś pośrodku nicości czekasz na śmierć. Ale w głębi serca czekasz na kogoś kto cię uzdrowi. Oto jestem...
- Nic mi nie jest! Nie oczekuję pomocy od nikogo, a już na pewno nie od ciebie!- wrzasnęła Amy i uderzyła pięściami o dach, który po chwili załamał się powtórnie z większą mocą. - Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje, niedługo ten dach się rozwali...
- Nie mówili ci, że kłamstwo tez jest grzechem ciężkim? - uśmiechnęła się figlarnie.
- Boję się ciebie! Jesteś szalona, czego ode mnie chcesz?! - panikowała.
- Jestem Twoim lekarzem, zaufaj mi.
- Jak mogę ci zaufać, nie ufam nikomu. Jestem ja sama. Ja ratuję siebie sama, wszyscy lekarze którzy próbowali mnie uzdrowić sa idiotami.
- Jestem lekarzem dusz. U takiego chyba jeszcze nie byłaś?
- Nie, nie byłam...
Amy westchnęła. Tak, ta dziwna postać miała rację.
Potrzebowała pomocy, czuła, że jej dusza zrobiona jest z ołowiu, Wyobraziła sobie jak rzuca ją na dno rzeki.
Tonie.
Szybko odgoniła tę myśl i skupiła się na aniołopodobnej istocie.
- Mogę cię przekonać do mnie?- Nieznajoma spytała radośnie przerywając cichą kontemplację Amy
- Wątpię czy ci się uda...Nie wiem czy zdołam cię polubić, cokolwiek. Nawet nie mam już serca.- odpowiedziała z rezygnacją. Dziura na dachu znowu się pogłębiła.
- Ach, ty kłamczucho- zaśmiała się Nieznajoma i położyła chłodną dłoń na jej klatce piersiowej. - Bije jak oszalałe. Ma w sobie tyle różnych uczuć, że nie sposób ich zliczyć.
- Masz rację, może zdejmę dziś maskę i powiem wprost: Jestem Amy jestem zniszczona. nie ufam, cierpię, moja egzystencja jest jedną wielką marnością. Tańczę ze śmiercią, wykrzykując "memento mori!"...Kocham jak nikt inny na tej planecie, dobro..Jakie dobro? Umiem je tylko dawać, nie biorę nic. Jestem chodzącą destrukcją. Królową dramatów! Więc jak mnie przekonasz do siebie? Jak ja mam przekonać ciebie do siebie?
- Spokojnie...Po prostu spójrz mi w oczy.- powiedziała Nieznajoma, kładąc dłoń na jej udzie.
Amy dostrzegła w nich ból. Wiele śladów niedawno doświadczanego bólu. Oczy dziewczyny stały się jakby jej własnymi, jej jestestwo było lustrem jej jestestwa. Widziała tam zainteresowanie jej osobą i zrozumienie.
Tak, to ona.
Tylko ona.
Druga połowa.
- Och...- westchnęła i zamknęła oczy.
- Nic nie mów.- wyszeptała Nieznajoma i przykryła ją ciepłym kocem. - Mam wiele imion, zależnie od okazji. Dziś nazywam się Mirella i jestem wielbicielem czekoladek. To jak? Jesz ze mną? - to powiedziawszy wyciągnęła całą tabliczkę brązowej słodkości i wyciągnęła ją w stronę zmieszanej Amy.
- Witaj w moim życiu- odpowiedziała krótko, łamiąc kawałek czekolady.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz