Wlasnie wyszedł. Został po nim wyraźny ślad świeżego strachu
przed rzeczywistym Sądem Ostatecznym. Gdy zatrzasnął drzwi bajki i zszedł na
dół pełen żalu, Mirella przylgnela do szyby, skupiajac wzrok to na stojącego w
dole Bezkarnego, to na brązową plamke na oknie. Bezkarny, plamka, Bezkarny, plamka, Bezkarny, aż w
końcu jej twarz utknęła w uformowanej z dłoni miednicy, napełniającej się
powoli czystą wodą wprost z oczowego źródła. Próbowała zrozumieć powód tego
histerycznego załamania. Było to zupełnie jakby upuścić dzbanek pełen zebranej
przez całą noc ambrozji. Na podłodze leżały teraz tylko niebezpieczne, szklane
kawałki gotowe w każdej chwili targnąć na zdrowie jej stóp.
Usiadła na łóżku, które pod pościelą skrywało słownik epitetów
określających wczorajszą noc. Miliony przymiotników. Miliony uniesień. Czy język polski mógł swoim zasobem objąć całe piękno tamtych momentów?Szesnaście godzin temu ostrożnie doprowadzała mieszkanie do porządku. Budowałą nastrój z największą dokładnością i perfekcją. Oto wola pedantki rozpoczęła ofensywę przeciwko chaotycznej naturze bałaganiary. To tak jakby Salvador Dali namalował Monę Lisę, tak teraz ona zapalała z gracją świeczki, szorując główką zapałki o chropowatą powierzchnię pudełka. Tak oto powstało zaproszenie do erotycznego spełnienia, skrytego za drzwiami do mieszkania. Drzwiami do marzeń.
Leżąc z Bezkarnym na łóżku, zanurzała się w jego tęczówkach. Wpatrywała się w nie z bliska, jak szybkimi ruchami zmieniały położenie a w maleńkich źrenicach ginął odbity obraz laptopowego monitora. Co jakiś czas spoglądał na nią rozbawiony, a potem jego wzrok znów tonął w ekranie, a ona dokańczała swój wspaniały film. Przeczesywała palcami jego włosy, studiując ich grubość. Studiowała każdy element jego fizyczności, to stało się jej hobby. Cały Bezkarny był dla niej wielką zagadką, stworzeniem powstałym nie z rąk boskich a z sił jeszcze wyższych, sił, które Boga mocują do sznureczków i poruszają nim wedle uznania. Bezkarny był kanonem piękna , ideałem wszelkich cnót, które stworzyła w swoim trudnym umyśle. Jej ciało mimowolnie odrywało się od umysłu, gdy leżała blisko niego, gdy ich nogi splatały się jak słodka chałka prosto z pieca. Pragnęła go zawsze. W momencie spokojnego chodu, biegu, czy spoczynku. Zawsze. Jakkolwiek wielki potencjał widziała w tym słowie.
Wyszła spod prysznica, wpatrywała się jeszcze chwile w odbicie swojego ciała, zastanawiając się, co On o nim myślał. Lubiła na nie patrzeć, zastanawiając się, czy jest dla niego Afrodytą w takim samym stopniu jak On był jej Aresem. Przejście kilku metrów jakie dzieliły ją między łazienką a sypialnią było punktem zapalnym jego pożądania. Miała tam przejść niczym najwspanialsza ze wszystkich istot, gotowa kochać się z Nim aż do zniknięcia wszystkich gwiazd. A Bezkarny leżał niewzruszony , zgasły analogicznie do knota stojącej obok świeczki. Tak naprawdę tylko ją oszukiwał, był tak samo gotowy jak i ona. Czekał na nią w dręczącym momencie ciszy. W ciemnościach.
A potem były tylko ich ciała. Dwa nagie ciała pasujące do siebie niczym ying i yang, Romeo i Julia, Tom i Jerry, Cola i Whiskey. Ciężkie oddechy i zapach oliwkowego balsamu do ciała unosiły się niczym wonne kadzidło. Grymasy pomieszane z jękami i konwulsyjnymi wygięciami kończyn,jej długie paznokcie na jego plecach, chwilowa amnezja, zatrzymanie oddechu, gdy jego wargi przekraczały bezpieczną granicę bioder, a dłonie oscylowały między jej szyją a piersiami, czyniąc z niej męczennika wielkiej ekstazy, której nie mogła się przeciwstawić. Jej wyobraźnia nie pracowała. Wszystko działo się tutaj, teraz, nad nią, w jej łóżku. Chciała się z nim kochać, nie tylko w języku francuskim. Chciała kochać się z nim w najoczywistszym tego słowa znaczeniu. Chciała stać się z nim jednością, chciała poczuć spełnienie oblewające ją od stóp do głowy, miażdżące finalnym skurczem i urwanym krzykiem. Ostatni oddech na drodze do nieba. Przystanek. Stop.
A potem wszystko ucichło. Potem był tylko rytuał splecenia ramionowych bluszczy , uwolnienie słodkiego zapachu wyciszenia. Chciał spać. Pozwoliłą mu na to, choć nie czuła się wykończona. Muskała wargami jego skórę, aż w końcu zmusiła się do zaśnięcia niczym małe dziecko do zjedzenia szpinaku.
Obudziła się rankiem, osłodziła oczy jego widokiem. Spał bezbronnie, przytulony do poduszki. Potem się uśmiechnął, przekonując ją, że wszystko będzie dobrze.
A potem odjechał , zostawił pustkę w mieszkaniu, pragnienie posiadania wehikułu czasu i lekki zapach swojej skóry na poszewce.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz