music
niedziela, 4 listopada 2012
Patriell.
Patriell.
Patriell jest moją największą miłością. Nie rozumiemy się nawzajem ale to z jego duszą byłam złączona przez szmat czasu.
Tak naprawdę nie potrzebowałam nikogo oprócz niego. Patriell, Patriell...Moje słońce, moje jedyne szczęście i koło napędzające sens mojego życia.
Patriell ma piękne włosy, które lubię przeczesywać palcami.
Przyodzą mi na myśl mleczną czekoladę.
Jego oczy są jak wodorosty przebijające się przez toń lazurowego morza.
Jego dusza jest bardzo silna , szukająca dominacji, władcza i niespokojna.
Znaczna część Patriella to osobowość socjopatyczna.
Nikt w tak perfekcyjny sposób nie potrafił podporządkować sobie biednych ludzkich istot, które były gotowe zrobić dla niego wszystko.
Nie miał wyrzutów sumienia.
Nigdy nie czuł się winny.
Wszystko koncentrowało się na nim, na jego prawdach, przekonaniach i celach.
Jedyną rzeczą, która odróżniała go od czystej krwi socjopaty, była miłość. Właściwie zdolność do kochania.
Patriell potrafi bardzo silnie kochać.
Kochał mnie tak jak nikt wcześniej.
Wiedziałam to.
Ale mimo wszystko tamtej nocy odszedł. Dokładnie pół godziny przed nadejściem trzeciego dnia od celebracji kolejnego miesiąca złączenia.
Powiedział po prostu "przerwa.". Przerwa? Ale ile ona będzie trwała?
Bardzo zdziwiło mnie to, że prawie nie płakałam.
Może dlatego, że byłam na to gotowa?
Opuszczał mnie stopniowo.
Najpierw bolał go dotyk, później pocałunek.
Później słowa.
Później cała ja.
Tak bardzo chciałam go zatrzymać. Tak bardzo to bolało.
Pośrodku czterech ścian, pośrodku nicości.
Krzyczałam, żeby to się skończyło.
Wzięłam żyletkę.
I bezlitośnie raniłam swoje nogi. Raniłam serce, krzyczałam, jak gdybym błagała o pomoc.
Ale ona nie nadeszła. Byłam tam sama.
Znowu to robiłąm, be opamiętania, chociaż mu obiecałam.
To nie było ważne. Nie pomagało mi.
Nawet nie wiedziałam kiedy moja kołdra i wszystkie rzeczy wylądowały na podłodze.
Odurzona nasennymi tabletkami, wybiegłam z domu zataczając się.
Tabletki spełniały swoją rolę. Już prawie nic nie myślałam.
Patriell przywołał mnie do domu.
Posłuchałąm go.
Kilka godzin później zostawił mnie samą.
Otumaniona tabletkami, zasnęłam.
I już nie chciałam się budzić.
Nie miałam siły płakać.
Dlaczego nie płaczę?
Może dlatego, że mam wrażenie, że to cale nie koniec?
Może w to nie wierzę..
Najgorsza moja myśl pojawia się w głowie: "A co jeśli to on sprawił, ze taka jestem?"
Ale po głębszej analizie dochodzę do wniosku, że to byłam ja.
Ja.
Czy to naprawdę koniec?
I znowu pragnę krwi.
Smutna, smutna, smutna.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz