Wędruje samotnie.
Od kilku dni nieustannie
Bez spoczynku.
Układam puzzle życiowych zmartwień.
Okno bardzo polubiło moje towarzystwo.
Wówczas czule przylegam policzkiem
I płaczę w jego zimne ramię.
Poczucie braku przynależności bezlitośnie ogarnia moją duszę...
Jakoś tak smutno...
Więc wchodzę w mój ulubiony las.
Miejsce głuche, oderwane od świata.
Prowadzi na tamę.
Moją krawędź pomiędzy życiem a śmiercią.
Moim ostatnim krokiem ku przepaści.
Staję na potężnym murze rozpaczy.
A rzeka płynie, płynie...
Patrzę w wielkie lustro pod stopami
Znów te same zepsute rysy.
Wspominam chwile gdy byłam na samym dnie.
Wspomnienia dusza mnie, więc odwracam się i wychodzę z tego posępnego świata.
Kroczę więc dalej ulicą posypaną słodkim białym puchem
Zimna nie czuję, choć wiem, że zamarzam
Widzę to po moich dłoniach, przyjmujących fioletowe, martwe barwy.
Wchodzę na wzgórze i oto cała rzeczywistość leży pod moimi stopami.
Jestem na szczycie świata.
Cudowne uczucie.
Biorę dwa głębokie wdechy i rozpościeram ramiona.
Podświadomie szukam paleniska.
I Alexa obok.
Polubiłby to miejsce.
Po chwili schodze w dół i znów staję się nic nieznaczącą mrówką w ziemskim mrowisku.
Wlokę swój obolały cień pare dręczących mnie metrów.
Zaczynam sztywnieć.
I gdzie się podziać?- zastanawiam się, stojąc zdezorientowana.
Ach...Jak ja nienawidzę tęsknoty.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz