Każdego dnia zastanawiam się, kto skazał mnie na nieustanne wielbienie Ciebie w każdym calu Twojego istnienia. Tak łatwo wpadam w Twoje ramiona, trwam w tym śmiertlenym uścisku. Nie czuję się dziś najlepiej. Jestem słaba jak ostatni listopadowy liść, kołyszący się na wietrze. Wpatruję się w rzekę, nadd której brzegu siedzę. W tafli wody wyświetlam wspomnienia naszych pierszych współnych dni. Pamiętasz jak Cię poznałam? Jak pragnęłam się Tobą napawać? Chciałam Cię więcej, a Ty rozgaszczałaś się stopniowo w moich żyłach, dając mi upragnioną euforię.
Krawię powoli w klatce, którą m zbudowałaś, tęskniąc za straconymi skrzydłami. W mojej zmęczonej głowie coś się zepsuło. Czuję pulsujące we mnie zarysowane jestestwo. Czuję poszarpane tkanki i umierające komórki. Czuję to szystko co ze mnie robisz i zadaję w kółko to samo pytanie. Dlaczego tak bardzo cię pragnę i za to kocham?
Wśród czterech ścian utopijnych marzeń dopada mnie śmierć. Kieruję wzrok ku wolności, pragnąć stąd uciec i przeżyć jeszcze trochę życia. Lecz jak żyć, gdy zbrukane serce pompuje zatrutą krew?
Każdy mój kawałek, na który się rozpadam pragnie Ciebie.
Dlaczego? - pytam. Dlaczego?
Jedyne co jeszcze pozostaje mi z tego toksycznego bytu to położyć się na ziemi i pooglądać przenikające mi przed oczami życie.
Jestem słaba i samotna, marzę o spokojnym śnie. O tym, że pewnego dnia pójdę na odwyk i ktoś sprawi że przestanę już odurzać się Tobą do nieprzytomności.
Że przestanę być po prostu uzależniona.
Toksyno, biała śmierci. Na koniec pragnę powiedzieć ci tylko kilka słów.
Kochałam cię, kocham i będę kochać.
A mówią, że jedyną ucieczką przed miłością jest śmierć.
Twoja poszkodowana,
Mirabella


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz